czwartek, 26 kwietnia 2018

Andrzej Tychowski " Ten klub ma swoje małe miejsce w moim sercu"





W Widzewie spędził jeden sezon. Strzelił bramkę w derbach Łodzi. Waleczny ale twardo stąpający po ziemi. Andrzej Tychowski w rozmowie na temat jego pobytu Łodzi.


ŁK: Do Widzewa przychodził Pan, gdy prezesem był Zbigniew Boniek. W klubie miało być „skromnie, ale godnie”. Udało się osiągnąć ten cel przez aktualnego prezesa PZPN-u?

Andrzej Tychowski: Przyszedłem do Widzewa już po awansie do ekstraklasy. Nie miałem możliwości porównania tego co zastałem w Łodzi z innymi klubami z najwyższego szczebla rozgrywkowego, więc trudno mi oceniać jakie warunki zapewnił prezes Boniek. Byłem na pewno bardzo zadowolony, niczego nam nie brakowało. Myślę, że prezes w tym trudnym czasie stanął na wysokości zadania.


ŁK: Pierwsze Pana spotkanie w Łodzi to dwanaście minut z Groclinem. Jak wspomina Pan debiut na stadionie przy Piłsudskiego?

AT: Tamten mecz ma ciekawą historię. Miałem być poza kadrą i uczestniczyć w treningu dla piłkarzy niewystępujących w spotkaniu. Rano okazało się, że Piotrek Stawarczyk ma gorączkę, dlatego trener Probierz dowołał mnie do osiemnastki. Zmęczenie mięśniowe Bartka Koniecznego spowodowało, że wszedłem na boisku. Debiut będę pamiętał do końca życia. To był występ na poziomie ekstraklasy, czyli spełniłem swoje marzenie z dzieciństwa. Mam z tego dnia co wspominać.


ŁK: Kolejne rozegrane przez Pana spotkanie, to mecz od pierwszej minuty w derbach Łodzi. Pełne trybuny, strzelona bramka. Lepszego przywitania się z kibicami, jeżeli chodzi o grę od pierwszej minuty, nie mógł Pan sobie wyobrazić.

AT: To, że zagrałem w derbach to była intuicja trenerska Probierza. Wiedział, że coś musi zmienić, by zaskoczyć rywala. Tym zaskoczeniem miał być mój występ. I się udało. Po dobrym dośrodkowaniu skierowałem piłkę do bramki. Przywitałem się z tymi fantastycznymi kibicami ukłonem, który do tej pory moja córka mi pokazuje. Fajne przeżycie, fajny mecz. Pokonaliśmy ŁKS po całkiem niezłej grze, także bardzo miłe doświadczenie.


ŁK: Powiedział Pan, że trener Probierz chciał zaskoczyć rywali a finalnie to również Pan zaskoczył trenera. Po spotkaniu z ŁKS-em do jedenastej kolejki miejsca w składzie Pan nie oddał.

AT: Nie do końca tak było. To, że się zjawiłem w Widzewie to był pomysł trenera Probierza, a więc trener widział mnie w składzie. Potrzebowałem trochę czasu, by zmienić swoją mentalność i przyzwyczaić się do treningów. Przeskok z zajęć, które miałem w drugiej lidze do tego, co serwował nam Probierz było nieporównywalne. Czas był nieodzowny, by wskoczyć na odpowiedni poziom. Tak jak Pan powiedział, dostałem swoją szansę i przez najbliższe kolejki wychodziłem w pierwszym składzie. Raz było lepiej, raz było gorzej, ale myślę, że w czerwonej koszulce Widzewa, nie zagrałem żadnego spotkania, po którym mógłbym się wstydzić.


ŁK: Trener Probierz już wtedy był charyzmatycznym szkoleniowcem, który potrafił mocno wstrząsnąć szatnią?

AT: Nie będę mówił po jakie środki potrafił sięgnąć trener, bo to jest tajemnica szatni. Ale mogę przyznać, że na mnie, jako obecnym trenerze, zrobił największe wrażenie. Cały czas czerpię wiedzę do swojej obecnej pracy, z tego co przez dwanaście miesięcy przeżyłem w Widzewie. Zainspirował mnie i myślę, że wielu jego byłych piłkarzy po tych metodach szkoleniowych czuło się dobrze.


ŁK: Po zwycięstwie z ŁKS-em pojawiła się długa seria spotkań bez zwycięstwa. Czego zabrakło tej drużynie, by notować lepsze wyniki? Doświadczenia, umiejętności?

AT: Na pewno zabrakło doświadczenia ale i jakości piłkarskiej. Możemy wymieniać Brozia, Wawrzyniaka czy Grzelaka ale w tamtym czasie to byli młodzi chłopcy. Ja miałem dwadzieścia osiem lat a byłem jednym ze starszych zawodników. Obecnie ci piłkarze mają teraz wyrobione nazwiska, jednak wtedy byli na dorobku. Ciężko było spodziewać się zwycięstwa w każdym meczu. To był też poziom ekstraklasy, o każde trzy punkty było niesamowicie trudno. Myślę, że w tamtym sezonie graliśmy niezłą piłkę i fajnie się nas oglądało.


ŁK: Pamiętam spotkanie z Lechem, wygrane trzy do dwóch i faktycznie, zdarzały się spotkania gdzie graliście bardzo ofensywnie i z młodzieńczą fantazją. Kibicom chyba też się to podobało, bo licznie przychodzili na stadion przy Piłsudskiego.

AT: Obecnie frekwencja również jest imponująca. Obserwuję to co się dzieje aktualnie w Widzewie. Prawda jest taka, że jak ma się trochę gorszą jakość zawodników lub posiada się dużo zawodników, którzy dopiero chcą coś w piłce osiągnąć braki trzeba nadrabiać ambicją i zaangażowaniem. Takim zespołem byliśmy my. Stąd też takie niespodziewane spotkania jak w tym pamiętnym meczu z Lechem.


ŁK: Po meczu z Lechem wypadł Pan ze składu a na wiosnę nie rozegrał żadnego spotkania. Niechętnie wspominał Pan w wywiadach ten okres, zdawkowo odpowiadając że rozwiązanie kontraktu nie było decyzją ani trenera ani Pana. Może Pan teraz uchylić rąbka tajemnicy, co się wtedy wydarzyło?

AT: Jesienią kilka meczy zagrałem, nawet chyba więcej niż się spodziewałem. Zimą bogatszy o doświadczenia z poprzedniej rundy pracowałem ciężko i nieźle wyglądałem w meczach sparingowych. Strzeliłem trzy bramki. Rozwiązanie kontraktu wiązało się z przyjściem Oshadogana, który musiał występować na środku obrony, należało więc zrobić dla niego miejsce w kadrze. Żeby była jasność, nie mam do nikogo pretensji, nie czułem się w tej sytuacji pokrzywdzony. Wiem, jakie były moje błędy. Zaakceptowałem tę sytuację. Miałem trzyletni kontrakt, w którym był zapis, że po każdym sezonie klub ma prawo umowę rozwiązać. Tak zadecydowali włodarze klubu, więc się rozstaliśmy. Bardzo miło wspominam ten rok w Widzewie. Ostatnio byłem ze swoimi podopiecznymi na turnieju w Łodzi. Sentyment pozostał, wspomnienia wróciły i bardzo się z tego cieszę.


ŁK: Planuje Pan z młodzieżą przyjechać jeszcze do Łodzi by pokazać młodzieży zmagania ligowe na nowym stadionie Widzewa?

AT: Tak jak wspomniałem, byłem w marcu w Łodzi. Oczywiście sprawdziłem, czy Widzew gra mecz u siebie. Niestety grał na wyjeździe. Później Sebastian Madera wspominał, że nawet gdyby mecz był u siebie to ciężko byłoby dostać bilety. Nie było dużego żalu z mojej strony, ale bardzo chętnie wybrałbym się na stadion i zobaczył jak teraz wygląda.


ŁK: Można powiedzieć, że potrafił Pan strzelać bramki dużym firmom. Bramka strzelona ŁKS-owi jak i Legii, jeszcze w barwach KSZO. Miał Pan większą motywację w takich meczach czy wiedział jak się ustawić w polu karnym by wykorzystać sytuację?

AT: Myślę, że to był mój duży atut. Potrafiłem się odnaleźć w polu karnym przeciwnika. Bramki głową strzelałem grając jeszcze w Promieniu Żary w trzeciej lidze. Zawsze te sześć, siedem bramek w sezonie udało się zdobyć, a grałem jako obrońca. Nie oszukajmy się, bo to czy dołożę głowę czy nie, zależało od dośrodkowania. W KSZO mieliśmy Jacka Berensztajna, znanego pewnie w Łodzi. Trudno było nie wykorzystywać dośrodkowań Jacka. W Widzewie też dostałem bardzo fajną piłkę i nie pozostało mi nic innego jak głowę do piłki dołożyć. Nic wielkiego, ale jeszcze raz podkreślę, ta bramka bardzo mnie cieszy i mam z tego fajne wspomnienia.


ŁK: Mimo, że w Łodzi spędził Pan rok, to Widzew w Pana sercu zagościł.

AT: Oczywiście, że tak. Nie powiem, że jestem fanatykiem Widzewa ale ten klub ma swoje małe miejsce w moim sercu. Tutaj zadebiutowałem na poziomie ekstraklasy. Jestem osobą twardo stąpająca po ziemi i nigdy nie myślałem, że będzie mi dane na najwyższym szczeblu zagrać a Widzew mi to umożliwił. Między innymi dzięki temu to jest szczególne miejsce w moim serduchu.


fot:90minut.pl

niedziela, 22 kwietnia 2018

Niedzielny Karpiu: Och, mój mityczny "stylu".


Gramy ofensywny futbol, tworzymy bardzo dużo sytuacji, oddajemy niezliczoną ilość strzałów na bramkę. Pomimo „gry na tak” Widzew wygrywa 3 spotkania, 2 remisuje i 2 przegrywa. Walka o awans mocno się komplikuje, a kibice żądają głowy Franciszka Smudy.

Na szczęście powyższy scenariusz jest tylko wyobraźnią autora. Fakty są takie, że Widzew w rundzie jesiennej wygrał 6 na 7 rozegranych spotkań, powiększa przewagę nad goniącym peletonem i zmierza po awans. Oczywiście, w grze jest bardzo dużo mankamentów. Sam krytykowałem „Franza” już kilka razy, jednak zdobycz punktowa broni pracę trenera. Mecz z Olimpią Zambrów był najsłabszym za kadencji Smudy, to jest bezdyskusyjne. Mimo wszystko, udało nam się zdobyć trzy punkty, które przybliżają nas do awansu. Jednak jak czytam komentarze kibiców, to i tak żądają głowy trenera. 18 punktów na 21 możliwych do zdobycia. Kibicom się nie dogodzi.

Mam wrażenie, że pamięć kibica jest dobra ale wybiórcza. Czy za trenera Płuski zachwycaliśmy stylem? Nie, często narzekano na grę zespołu, na „szrot” sprowadzony do Łodzi. Czy ktoś pamiętał o stylu, gdy na Piotrkowskiej świętowaliśmy awans do III ligi? Wątpię, bo wszyscy byli pijani ze szczęścia. Później broniono decyzji o zwolnieniu trenera, argumentując to brakiem zwycięstwa w trzech kolejnych spotkaniach. Zapomniano o tym, że zremisowaliśmy pechowo z rezerwami Jagiellonii oraz w derbach Łodzi. Porażka z Huraganem faktycznie chluby nam nie przyniosła, jednak w Morągu punkty straciło dużo zespołów. Tego już nie odnotowano w pamięci. Co najważniejsze, zapominamy chyba w jakim miejscu jesteśmy. Nie gramy w ekstraklasie, tylko rywalizujemy w tej samej lidze co Sokół Ostróda, Mazur Ełk czy Ursus Warszawa. Nie jesteśmy zespołem o dwie klasy lepszym od rywali. Jesteśmy zespołem trzecioligowym, który walczy o awans do drugiej ligi, pamiętajmy o tym.

Ostatni raz, gdy mieliśmy „styl” i graliśmy ofensywnie, stadion śpiewał „Wojciech Stawowy, najlepszy trener ligowy”. Co prawda nie stadion Widzewa tylko Miedzi i śpiewano to ironicznie, ale przynajmniej śpiewano. Mieliśmy grać Rock&Rolla połączonego z muzyką klasyczną a wyszło Disco-Polo połączone z siostrami Godlewskimi. Ale mieliśmy ten mityczny „styl”. Teraz tego „stylu” nie ma i wiecie co? Póki wygrywamy i przybliżamy się do awansu, to jakość naszych widowisk mi nie przeszkadza. Awans w tym sezonie jest dla nas kluczowy. Każdy kolejny sezon spędzony w trzeciej lidze, będzie obciążeniem finansowym dla klubu. Awansujmy i opuśćmy na zawsze koszmar, zwany trzecią ligą. O stylu zapomnimy na „Pietrynie”.

Pewien były piłkarz Widzewa powiedział mi, że trener Smuda kiedyś był dziesięć razy gorszy i szkoda, że się zmienił. Też zaczynam tego żałować…


czwartek, 19 kwietnia 2018

Andrzej Szulc: "Marzenia, które były moim celem spełniły się"







Zarzewiak. Łodzianin. Związany z Widzewem nie tylko piłkarsko, ale również kibicowsko. Andrzej Szulc w rozmowie o jego pobycie w Widzewie.


Ł.K.: Na pięćdziesiąte urodziny miał pan jechać na mecz Barcelony. Udało się panu sprawić ten piękny prezent?

Andrzej Szulc: Oczywiście. W kwietniu zeszłego roku byłem na spotkaniu Barcelony z Sevilla i bardzo mnie to ucieszyło. Pogoda niestety nam nie dopisała, niemniej jednak wrażenie było niesamowite.

Ł.K.: Tak samo duże wrażenie jak debiut w klubie, któremu kibicowało się od dziecka?

A.S.: Myślę, że nawet potrójne wrażenie. Wychowując się na osiedlu Zarzew, dzielnicy typowo Widzewskiej, gra w Widzewie była moim marzeniem, które udało się spełnić.

Ł.K.: W okresie juniorskim mówiono, że jest pan bardzo perspektywicznym piłkarzem. Jednak na początku kariery zrezygnowano w Włókniarzu Łódź z pana usług. Pojawiło się wtedy zwątpienie w swoje umiejętności?

A.S.: To był epizod i nie wpłynęło to na moją przyszłą karierę, bo po prostu to kochałem. Może i dobrze, że tak się stało. Później byłem zawodnikiem Łodzianki, która de facto miała siedzibę blisko stadionu Widzewa. Łodzianka była klubem szkolnym, w którym można było grać do osiemnastego roku życia. Dążyłem więc do tego, by z Widzewem podpisać kontrakt.

Ł.K.: Wypatrzył pana prezes Sobolewski. Można powiedzieć, że prezes dodatkowo pełnił funkcję skauta, bo nie był pan pierwszym zawodnikiem, który był przez Ludwika Sobolewskiego obserwowany, a później zakontraktowany do klubu.

A.S.: Prezes Sobolewski nie był tylko prezesem. To był człowiek w pełni oddany piłce nożnej, lubił jeździć na mecze i obserwować zawodników. Akurat tak się stało, że był na jednym ze spotkań reprezentacji Łodzi, w której wtedy grałem. Strzeliłem dwie bramki i to też zadecydowało, że znalazłem się w Widzewie.

Ł.K.: Pamięta pan swoją pierwszą bramkę strzeloną dla Widzewa?

A.S.: Trudno nie pamiętać, bo to był wyjątkowy moment. Byłem szczęśliwy z tego tytułu, bo nie zdarzało mi się dość często strzelać bramek. Moja pozycja na boisku była dość defensywna. Każdy gol strzelony dla Widzewa był dla mnie sporym wydarzeniem.

Ł.K.: W momencie wejścia na boisko w pana debiucie, na murawie byli Włodzimierz Smolarek, Krzysztof Kamiński czy inni piłkarze, których obserwował pan z trybun. Trzęsły się panu nogi?

A.S.: Trzęsły się, natomiast te marzenia, które były moim celem spełniły się. To, że mogłem zadebiutować na boisku z takimi zawodnikami jak Włodek Smolarek, Kaziu Przybyś, Roman Wójcicki, Krzysiek Surlit, było dla mnie sporym przeżyciem. Szczerze mówiąc, nawet nie pamiętam tych dziesięciu minut, które spędziłem na boisku.

Ł.K.: Przez długi czas zwracał się pan do swoich kolegów z szatni „per pan”. Krzysztof Surlit w końcu panu powiedział: „Skończyło się panowanie” i trzeba było zwracać się do kolegów po imieniu. Ciężko było się przestawić?

A.S.: Wzięło się to stąd, że tak zostałem wychowany przez rodziców. Miałem szacunek do starszych od siebie, a tym bardziej do osób, których jak pan wspomniał, obserwowałem z trybun jako nastolatek. Byłem zafascynowany Widzewem, zresztą byłem w klubie kibica. Natomiast to „panowanie” trwało krótko. Po dwóch czy trzech treningach zabrał mnie Krzysiek Surlit samochodem na trening i w samochodzie powiedział mi: „Wszyscy, bez względu na wiek, jesteśmy jednym zespołem”. Od tego momentu przestałem mówić na „pan”.

Ł.K.: Środowe gierki, podczas których trzeszczały kości budowały Widzewski Charakter?

A.S.: Oczywiście. Jednak nie umniejszając tym gierkom, w każdym meczu dawaliśmy z siebie sto procent. Te gierki wyzwalały w nas dodatkowe emocje. Nazywaliśmy je środami pucharowymi. Kości trzeszczały, to fakt, jednak dzięki temu również powstawał Widzewski Charakter.

Ł.K.: Najlepszy przykład Widzewskiego Charakteru to mecz z Legią po porażce z Eintrachtem. Po klęsce we Frankfurcie zero do dziewięciu przyjechał zespół z Warszawy, który miał zmienić kierunkowy do stolicy na zero dziesięć.

A.S.: Jak dziś pamiętam wywiad ŚP. Trenera Janusza Wójcika w telewizji. Mecz we Frankfurcie zupełnie nam nie wyszedł, nie wiem dlaczego tak się stało. Może taktyka trochę zawiodła, może umiejętności, trudno powiedzieć. Rzeczywiście w krótkim czasie mieliśmy możliwość zrehabilitowania się za ten pucharowy występ. Utarliśmy nosa nie tylko trenerowi, ale i całej drużynie Legii i wygraliśmy ten mecz dwa zero.

Ł.K.: W tamtym okresie, mimo że skład był odmładzany, grali wielcy piłkarze. Jednak nie udało się zdobyć kolejnego mistrzostwa. Czego zabrakło tej drużynie?

A.S.: Pod koniec lat osiemdziesiątych nastąpił przewrót, jeżeli chodzi o władzę. W klubie też był spory problem z przekształceniem. W momencie, gdy osiemdziesiątym dziewiątym upadł PZPR, trzeba było szukać prywatnych funduszy i mieliśmy z tym problem. Nie wszyscy nowi zawodnicy spełniali oczekiwania włodarzy klubu. Sama drużyna też przechodziła mocny kryzys przez parę lat.

Ł.K.: Ten kryzys skończył się spadkiem. Na całe szczęście Widzew szybko wrócił do elity.

A.S.: Zgadza się, spadliśmy do ówczesnej drugiej ligi. Były zawirowania związane z trenerami, bo było ich w tamtym sezonie czterech czy pięciu. Niestety, nie udało się uratować ligi dla Łodzi. Szybki powrót też miał dobry wpływ na klub. Trudno powiedzieć, jak by to wszystko wyglądało, gdybyśmy na zapleczu pierwszej ligi spędzili jeszcze jeden sezon.

Ł.K.: Po awansie mało zabrakło, by Widzew zdobył mistrzostwo. Końcówka sezonu sprawiła, że nie udało się powtórzyć sukcesu Ruchu Chorzów.

A.S.: Zdarzało się, może niezbyt często, że bieniaminek zdobywał mistrzostwo. Dla nas było najważniejsze, że wróciliśmy do elity.

Ł.K.: Karierę niestety skończył pan bardzo szybko. Nikt się nie spodziewał, że lekarze w Niemczech skrócą pana przygodę piłką.

A.S.: Też się tego nie spodziewałem. Kontuzja więzadeł krzyżowych jest dość standardową kontuzją wśród sportowców. Wydawało mi się, że to będzie normalna operacja, minie kilka miesięcy i wrócę na boisko. Niestety błąd lekarski lub szpitalny spowodował, że w wieku dwudziestu siedmiu lat skończyłem grać w piłkę.

Ł.K.: Po zakończeniu kariery przez krótki czasu był pan trenerem. Jednak teraz wydaje się, że znalazł pan swoje miejsce na ziemi. W branży restauracyjnej w Zakopanem pracuje pan już bardzo długo.

A.S.: Jeżdżąc z Widzewem po Europie przyglądałem się tego typu miejscom. W głowie taki pomysł dojrzewał, że jak skończę grać w piłkę, to zajmę się czymś takim. Niestety czas przyśpieszył to wszystko. Miałem epizod jako trener, natomiast wolałem trenować dzieci, które przez cztery lata w Widzewie szkoliłem. Piłka seniorska nie odpowiadała mi, człowiek nie na wszystko miał wpływ. Gastronomia mimo wszystko zwyciężała i od dwudziestu dwóch lat w tej gastronomii siedzę. W Zakopanem już nie jestem, aktualnie pracuję nad morzem. Po trzydziestym września zamierzam wrócić już do Łodzi na stałe.

Ł.K.: Będzie więcej okazji, by pojawiać się na stadionie Widzewa.

A.S.: Nie ukrywam, że brakuje mi tego trochę. Dodatkowo jest możliwość spotkania się z kolegami.

Ł.K.: Dziś jest spotkanie z rezerwami Legii. Będzie pan miał możliwość obejrzeć ten mecz(rozmowa nagrywana w dniu meczu z Legią)?

A.S.: Gdzieś tam po kryjomu, może uda się włączyć na telefonie i będę zerkał jak radzą sobie moi młodsi koledzy.

Ł.K.: Nieważne gdzie, ale pana serce zawsze jest z Widzewem.

A.S.: Jasne. Bez dwóch zdań.



niedziela, 15 kwietnia 2018

"Widzew w każdym meczu gra finał Ligi Mistrzów"- rozmowa z Arkadiuszem Onyszko









Szanowany przez kibiców każdego klubu, w którym grał. W Widzewie rozegrał 30 spotkań, a fani bardzo ciepło i miło go wspominają. O pobycie w Widzewie, o trenerze Smudzie oraz hipokryzji polskiej piłki rozmawiałem z Arkadiuszem Onyszko.


Ł.K.: Do Widzewa przyszedł pan, mając dwadzieścia trzy lata i sto dwa spotkania w seniorskiej piłce. Wejście do szatni ówczesnego Mistrza Polski chyba nie było trudne i nie miał pan problemu z zaadaptowaniem się w klubie.

Arkadiusz Onyszko: Kilka osób znałem już wcześniej, więc nie było to trudne. Przyszedłem do Widzewa, gdy łodzianie zdobyli mistrzostwo po niesamowitym meczu na Legii. Było wiadomo, że RTS zagra w eliminacjach do Champions League. Przychodząc miałem świadomość, że to fantastyczna drużyna i jest tam świetny trener. Wchodziłem nie na pewniaka, czułem respekt, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, przed tymi zawodnikami.


Ł.K.: Śmiano się, że w Lechu miał pan bardzo dużo okazji, by się wykazać i stąd też ten transfer. Dodatkowo przeniesienie do Łodzi było zapewne spowodowane możliwością gry w europejskich pucharach. Jednak ta przygoda była krótka, ale intensywna, bo do Łodzi przyjechały wielkie firmy : Parma i Udinese.

A.O.: Grałem sezon w Lechu Poznań i przyszedłem do Widzewa, bo Andrzej Grajewski chciał mnie w Łodzi. Byłem młodym, perspektywicznym zawodnikiem, grałem w reprezentacjach młodzieżowych i patrzyli na mój transfer przyszłościowo. Młody chłopak, dużo występów w ekstraklasie. Myślę, że byłem łakomym kąskiem na rynku transferowym. Trafiliśmy nieszczęśnie na Parmę, gdzie jakby teraz spojrzeć, grały same legendy. Nie mieliśmy z nimi żadnych szans. Pierwszy mecz w Łodzi przegrany cztery jeden, na wyjeździe mecz w ogóle nam nie wyszedł. Z Udinese wygraliśmy u siebie jeden do zera, jeśli dobrze pamiętam.


Ł.K.: Tak. Jeden do zera u siebie, a na wyjeździe szybko stracona bramka i Udinese później rozstrzygnęło spotkanie.

A.O.:Mimo wszystko była to moja ogromna przygoda. Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy. Z tymi dwoma drużynami w tamtym czasie nie byliśmy w stanie rywalizować.


Ł.K.: Często pan wspominał w wywiadach Franciszka Smudę. Mówił pan, że to fantastyczny trener. Jestem zawsze pełen podziwu dla piłkarzy, którzy chwalą „Franza”. Teraz można odczuć, że młodsi piłkarze, zwłaszcza na odprawach, podchodzą niepoważnie do trenera, również ze względu na sposób mowy. Za pana czasów chyba wszyscy szanowali trenera Smudę.

A.O.: Teraz młodzież jest rozwydrzona tak bardzo, że jest w stanie zadzwonić do trenera i zapytać czemu nie gra lub napisać SMS-a. Ja się wychowałem troszkę w innych czasach. Wtedy takie rzeczy były nie do pomyślenia. Nie znamy czasami swojego miejsca w szeregu. Wszyscy myślą, że już są najlepsi na świecie. Zwłaszcza tak myślą rodzice młodych piłkarzy. My odnosiliśmy się z szacunkiem do trenera Smudy. Powiem szczerze, że nigdy nie myślałem, będąc zawodnikiem trenera, że będę pracował w sztabie szkoleniowym razem z nim. A taka sytuacja wydarzyła się po dwudziestu kilku latach. Pracowaliśmy razem w Górniku Łęczna. Nie zmienię absolutnie zdania, a nawet powiem więcej: Franciszek Smuda to bardzo dobry trener, doskonale czuje szatnię. Miałem wielu utytułowanych trenerów za granicą. Larsa Olsena, który był mistrzem europy czy Bruce’a Riocha, który trenował Arsenal. Trenera Smudę bardzo wysoko stawiam w tej hierarchii. Uważam, że wiele można się od niego nauczyć. Ma mega dobre podejście do zawodników, wie co do nich powiedzieć, jak z nimi rozmawiać. Niewielu jest takich szkoleniowców.


Ł.K.: Czyli przyjście Franciszka Smudy do trzeciej ligi, według pana był jednym z lepszych ruchów odradzającego się Widzewa?

A.O.: Uważam, że tak.


Ł.K.: Podczas pana pobytu w Widzewie, pojawiły się pierwsze skazy w organizacji Mistrza Polski za rządów Andrzeja Grajewskiego. Trenerowi zaczęły puszczać nerwy na konferencjach prasowych, pojawiły się opóźnienia w wypłatach.

A.O.: Nie tylko pana Grajewskiego. Tam było jeszcze kilka osób, które decydowały o klubie, a pieniędzy i tak nie było. Najgorsze jest to, że po tylu latach nadal nie płacą (śmiech). To jest przerażające. Człowiek doświadczył dobrobytu, wyjechał za granicę, przez jedenaście lat nie opóźnili się nawet sekundy z wypłatą. Przyjeżdżasz po piętnastu latach do kraju i nadal nie płacą. Nie wyciągamy wniosków i ta liga jest jaka jest.


Ł.K.: Coraz ładniejsze stadiony, a w kasie pustki.

A.O.: Cały czas totalna partyzantka. Nie wiem, czy to się kiedykolwiek zmieni. Mamy aspiracje, by grać w Champions League, a myślę, że na dzień dzisiejszy jest to odległa historia dla naszych klubów. W profesjonalnej piłce wszystko jest zaplanowane co do sekundy. Wszystko fachowo prowadzone. To jest uwłaczające, że nie ma zasady przed sezonem, że każdy klub musi pokazać, że ma budżet, i że stać go na to, aby płacić przez cały sezon. Mówi się, że wówczas połowa ligi by nie grała. Widocznie trzeba zrobić mniejszą ligę, ale w pełni profesjonalną.


Ł.K.: Biorąc pod uwagę opinie o Kamilu Wilczku czy Adrianie Mierzejewskim, że jeden strzela w słabej lidze duńskiej, drugi zaś gra gdzieś na końcu świata, zastanawiam się, czy to nie jest hipokryzja, przyglądając się temu, jak wyglądają mecze w polskiej lidze.

A.O.: Ile lat przerwy było między występem Widzewa i Legii w Lidze Mistrzów? Dwadzieścia dwa? Dwadzieścia trzy? Gdy byłem w Danii, grały trzy albo cztery kluby w Champions League. Grali Brondby, FC Kopenhaga, Oldborg, a u nas przez dwadzieścia kilka lat nic. Poziom reprezentacji duńskiej też nie jest najgorszy. W porównaniu do naszej ligi, myślę, że duńska liga jest zdecydowanie lepsza.


Ł.K.: Podjąłem to pytanie, bo myślę, że również przez to rozegrał pan w kadrze tylko dwa spotkania. Dodatkowo na brak klasowych bramkarzy też nie narzekaliśmy.

A.O.: Rzeczywiście, trafiłem na taki okres, kiedy było wielu fantastycznych bramkarzy i grali w dużo lepszych klubach. Dziś to rozumiem. Nie mam większych pretensji, bo było to zrozumiałe dla trenera, który powoływał piłkarzy do reprezentacji. Zawsze lepiej było powołać Boruca z Celticu czy Jerzego Dudka z Liverpoolu, niż Arkadiusza Onyszkę z Odense.
Wielokrotnie w wywiadach potwierdzałem, że zasługiwałem na to, żeby mnie sprawdzić. Powołać na kadrę, pozwolić zagrać „połówkę” tak, jak teraz trener Nawałka dał szansę Białkowskiemu. Nie pasuje, to proszę bardzo, ale przynajmniej wiem, że gdzieś ta szansa była. Ja w ogóle tej okazji nie otrzymałem. Lekki niedosyt pozostaje.


Ł.K.: Prowadzi pan też akademię, więc bramkarze mają się od kogo uczyć fachu.

A.O.: Jeżeli chodzi o akademię, to nie prowadzę typowej akademii bramkarskiej. To akademia ogólna dla dzieci. Chwilowo tylko bramkarze Motoru Lublin mogą czerpać z mojej wiedzy.


Ł.K.: Oglądał pan derby trójmiasta w poprzedniej kolejce? (Rozmowa odbyła się chwilę po derbach w 31 kolejce ekstraklasy.)

A.O.: Nie, dzisiaj właśnie bieżące oglądałem.


Ł.K.: W poprzedniej kolejce, jeszcze przed podziałem na grupę mistrzowską i spadkową, po meczu, Sławczew i Sławomir Peszko zaczęli kopać dmuchane lalki w barwach Arki. Jak to jest, że część piłkarzy musi robić „pokazówki” pod kibiców, a pan był naturalny i pomimo spędzenia tylko roku w Łodzi, kibice Widzewa pana bardzo dobrze wspominają.

A.O.: Nigdy w życiu nie powiem na Widzew złego słowa. Kto by nie pytał, gdzie bym nie był, w jakim klubie bym nie był, to nigdy nie powiem źle. To był fantastyczny czas. Tak mile to wspominam, nie tylko piłkarsko, ale też życie na co dzień. W tamtych czasach w Łodzi ludzie byli inni. W różnych miastach mieszkałem, ale Łódź była najbardziej rodzinna. Niby tylko rok czasu, ale atmosfera na stadionie była niesamowita, w klubie tak samo, mimo że nie płacili wtedy. Osoba trenera Smudy miała duże znaczenie. Do tego klubu przychodziło się z przyjemnością, choć moje początki z trenerem nie były takie łatwe. Na ławkę mnie posadził w meczu pucharowym z Baku. Zacząłem tak nie za bardzo, dopiero później się rozkręciłem. Mimo wszystko, bardzo dobrze go wspominam i uważam go za świetnego fachowca.
Myślę, że ludzie za bardzo pozwolili sobie na chamskie traktowanie trenera. Nie wolno. Daj Boże, by wszyscy w piłce osiągnęli takie sukcesy, jak Franciszek Smuda. Uważam, że w piłce nożnej powinna być jakaś hierarchia. Hierarchia taka, że jeżeli trener Smuda zdobył trzy czy cztery razy mistrzostwo i prowadził reprezentację, a ktoś więcej od niego osiągnie to wtedy będzie mógł się o nim wypowiadać. Widzę, że wszyscy się wypowiadają, a zwłaszcza młodzi zawodnicy, którzy nic nie osiągnęli. Oni uważają, że jak ustawisz całe boisko palikami to jesteś dobrym trenerem. A nie o to chodzi.

Ł.K.: Słuchając pana wspomnień z pobytu, mam wrażenie, że podpisał by się pan pod zdaniem, które powiedział pan,gdy Widzew spadał z pierwszej ligi i powoli upadał: „Widzew trzeba traktować jak dobro narodowe”?

A.O.: Oczywiście. Taki klub nie powinien zniknąć z mapy polski. Tam były zawirowania finansowe i Widzew jest tam, gdzie jest. Też pracuję w trzeciej lidze i to nie jest taki poziom, jak kiedyś. Ciężko awansować i jest duża presja. Pod taką presją, niezależnie od tego, jakbyś był mocny psychicznie, to mimo wszystko można mieć sztywne nogi. Trener Smuda nie ma prostego zadania i jakikolwiek trener by przyszedł, też nie będzie miał łatwo. Tak samo w Motorze, jak i w Widzewie.

Ł.K.: Kibice również wymagają, by tę ligę, mówiąc po piłkarsku „zjeść”.

A.O.: To ma trochę podłoże psychologiczne. Grasz u siebie, piętnaście tysięcy kibiców, piękny stadion, typowa piłkarska atmosfera i nagle jest wyjazd i grasz w polu. Piłkarsko może i Widzew jest lepszy od innych drużyn, tak jak i finansowo czy organizacyjnie. Ale mentalnie musisz się przestawić z dnia na dzień na inną grę. Musisz być jak koń: klapki na oczach, jest tylko dziewięćdziesiąt minut, wykonujesz profesjonalną robotę i jedziesz do domu. Dodatkowo te boiska są nierówne, gdzieś jest jakiś spad i trzeba sobie radzić. To jest walka mentalna. My również to przeżywamy, bo akurat jesteśmy w tej samej lidze, tylko w innej grupie i to nie jest łatwa sprawa.


Ł.K.: Dodatkowo ta trzecia liga jest zdecydowanie bardziej fizyczna. Jest mniej miejsca na boisku, każdy daje z siebie wszystko .

A.O.: Dokładnie. Gdy przyjeżdżają drużyny na papierze słabsze na stadion Widzewa, gdzie jest piękna murawa, dużo kibiców, to wzniosą się na wyżyny umiejętności. Niedobrze się gra przeciwko takim klubom. Widzew w każdym meczu gra finał Ligi Mistrzów. Jest to ciężkie psychicznie. Wręcz niemożliwe. Dlatego w wielu meczach, gdzie powinni wygrać, przegrywają lub remisują. Nie są wstanie mentalnie tego ugryźć. A mówienie, że to jest tylko trzecia liga nie jest sprawiedliwe. Wszyscy się starają, a dodatkowo taka opinia usztywnia i ciężej dać z siebie sto procent swoich możliwości.

Ł.K.: Z tego, co wiem, nie był pan jeszcze na nowym stadionie Widzewa. Jak rozumiem, mogę panu życzyć żebyśmy spotkali się w przyszłym roku na stadionie w Łodzi, a pan jako trener bramkarzy Motoru.

A.O.: Daj Boże, bardzo bym tego chciał. Jedno jest pewne, jakby kiedyś komuś wpadł do głowy pomysł, żeby zaprosić mnie na stadion czy zatrudnić w roli trenera… Widzewowi się nie odmawia.




fot: http://lublin.wyborcza.pl

wtorek, 3 kwietnia 2018

Tak nie można grać- kilka zdań po meczu w Wielką Sobotę.

 Pamiętacie słowa: "Niech będzie pochwalon Kacper Falon" Arka "Stolara" po bramce Falona w ostatniej akcji meczu? Miałem nadzieję, że to będzie ostatnie nawiązanie do religii, podczas spotkań Widzewa. Mecz z Sokołem sprawił, że po ostatnim gwizdku sędziego w mojej głowie pojawiła się myśl: "Tobie oddajemy swe troski Marcinie Pieńkowski". Indywidualny rajd "Pienia" dał Widzewowi bardzo ważne trzy punkty i spokojne święta. Niestety dziewięćdziesiąt minut tego spotkania nie było spokojne pod względem stylu jak i wrażeń artystycznych.
 Cały czas czekam na bramkę Widzewa po składnej akcji. Po raz kolejny o zwycięstwie zadecydowały indywidualnie umiejętności naszych piłkarzy. Co gorsza, na boisku łodzianie pokazują, że technikę mają przerastającą trzecią ligę. Są to rzadkie przebłyski, które ratują nasz dorobek punktowy. Nie widać żadnego planu taktycznego, schematów rozgrywania akcji. Podczas spotkań sparingowych potrafiliśmy wymienić kilka podań z pierwszej piłki, rozgrywać piłkę z rozmachem. W lidze nie widać nic z gry prezentowanej w trakcie okresu przygotowawczego. Amnezja, po prostu amnezja. 

  Osiem fauli w całym spotkaniu przelało u mnie czarę goryczy. Faul raz na ponad dziesięć minut to jest kpina, biorąc pod uwagę jak często Sokół spychał nas do defensywy. Nie wierzę, że Smuda zabronił piłkarzom Widzewa przerywania akcji faulami. Pozwalaliśmy piłkarzom z Aleksandrowa rozgrywać piłkę, podchodzić pod nasze pole karne, dogrywać piłki w "szesnastkę". Oddaliśmy inicjatywę Sokołowi, nawet im nie przeszkadzając. Bez walki. Osiem fauli na dziewięćdziesiąt minut gry. Ugryzę się w język.

  "Takie zwycięstwa budują szatnię"- powiedział po spotkaniu Sebastian Zieleniecki. Może się nie znam na piłce, ale czy nie lepsza jest budowa atmosfery po spokojnych, pewnych triumfach? Na ten moment "budujemy szatnię" na strasznie obitych cegłach. Męczymy się na boisku, wyglądamy jakbyśmy byli zdziwieni, że bez doskoczenia do rywala dajemy budować groźne akcje przeciwnikowi. A przecież to jest elementarne, drogi kapitanie. 

czwartek, 29 marca 2018

" Bo o to chodzi, by mówiono, że Widzew to drużyna z charakterem"- Sławomir Chałaśkiewicz w rozmowie o Widzewie i nie tylko.



Ulubieniec łódzkich kibiców. Łodzianin związany z Widzewem. O jego karierze, pobycie w Widzewie, o Sylwestrze Cacku i pracy z młodzieżą rozmawiałem ze Sławomirem Chałaśkiewiczem.


Ł.K.: Jest pan łodzianinem. Pierwsze kluby w pana karierze również były z Łodzi. Czy przyjście do Widzewa było spełnieniem jednego z piłkarskich marzeń?

Sławomir Chałaśkiewicz: Na pewno spełnienie i duże wyróżnienie, bo do Widzewa nie trafiali przypadkowi zawodnicy, tylko bardzo wyselekcjonowani. Drużyna była budowana na takiej zasadzie, że szukano jak najlepszych zawodników, którzy pasowaliby charakterem i umiejętnościami do klubu.  


Ł.K.: Przed pana przyjściem do Widzewa, odeszła część piłkarzy, którzy zdobywali mistrzostwo: Włodzimierz Smolarek, Roman Wójcicki, Krzysztof Surlit. Skład jednak cały czas był mocny. Jak pan wspomina szatnię w tamtym czasie?

S.Ch. : Budziła respekt i podziw. Było tam wielu piłkarzy, którzy mieli bogatą karierę, z których można było brać przykład. Jeżeli wchodziło się do takiej szatni, człowiek czuł się wyróżniony, że może uczestniczyć w treningach z takimi piłkarzami. Teraz rzadko się zdarza, żeby tylu dobrych piłkarzy grało w jednym klubie.


Ł.K.: Przyszedł pan jako napastnik i gdyby spojrzeć na pana pierwszy sezon w Widzewie, strzelił pan cztery bramki. Teoretycznie można by uznać, że to nie jest dobry wynik. Jednak najlepszy strzelec w tamtym sezonie- Leszek Iwanicki, strzelił sześć goli. Widzew grał wtedy bardziej zespołowo i nie było w tamtym składzie typowego egzekutora jak na przykład Marek Koniarek?

S.Ch. : Ja jestem troszkę innym typem zawodnika niż Marek Koniarek. Marek był typowym środkowym napastnikiem, ja częściej grałem na skrzydle. Więcej pracowałem dla drużyny, strzelałem bramki, ale i dużo wypracowywałem sytuacji. Myślę, że moja rola w zespole była inna niż Marka.


Ł.K.: W drugim sezonie trenerem Widzewa był Orest Lenczyk. Czy już wtedy nestor polskiej piłki przykładał dużo uwagi do przygotowania fizycznego?

S.Ch. : Tak. Przygotowanie fizyczne było bardzo ważne w tamtym okresie. Zresztą wielu trenerów przykładało do tego wagę i trenowało pod tym kątem. Trener Orest Lenczyk był jednak troszkę inny. Wymyślał różne rzeczy, które czasami nie były związane z piłką, by motorykę i siłę poprawić.


Ł.K.: Treningi u trenera Lenczyka panu nie przeszkadzały. Powiedział pan kiedyś, że był pan bardzo „fit” piłkarzem jak na tamte czasy.

S.Ch. Nigdy nie narzekałem pod tym względem. Lubiłem pracować na treningach, bo wiedziałem, że to jest dla mnie podstawa. By grać dobrze w piłkę to trzeba podczas zajęć ciężko pracować. Dlatego to mi nie przeszkadzało. Efekty tej pracy były widoczne później na boisku.


Ł.K.: Biorąc pod uwagę tamte czasy, rzadko się zdarzało, by piłkarze tak podchodzili do zajęć. Często, po latach piłkarze wspominali, że po treningu szli na jedno czy dwa piwa, a pan dbał o żywienie i podejście pod względem fizycznym do sportu.

S.Ch.: Przede wszystkim to jak się prowadziłem i jak trenowałem pozwoliło mi długo grać w piłkę. Zakończyłem karierę w wieku 41 lat bez żadnej poważniejszej kontuzji. Pomogło mi to też grać w Bundeslidze.


Ł.K.: Po trzecim sezonie w Widzewie odszedł pan na dwa lata do Śląska Wrocław, następnie wrócił pan na Piłsudskiego. O tym powrocie, pierwszym do Widzewa, zadecydowała tęsknota za Łodzią czy przeważyły inne aspekty?

S.Ch.: Ja z Łodzi nie chciałem odchodzić. Tak się potoczyły losy, że wrócił trener Waligóra, który nie za bardzo na mnie stawiał. Po jednej osobistej rozmowie stwierdziłem, że to nie ma sensu. Wiedziałem, że jeżeli mam się rozwijać, muszę iść tam, gdzie będę mógł grać, a nie siedzieć na ławce. Po dwóch latach, kiedy Widzew spadł i awansował do pierwszej ligi, złożono mi propozycję,więc się nie wahałem. Od razu wiedziałem, że chcę wracać. To jest klub, dla którego serce zostawiłem. Jestem z Łodzi, zawsze chciałem grać w tym klubie i dlatego wróciłem bez zastanowienia.


Ł.K.: Po awansie Widzewa w kuluarach mówiono, że dobrze by było powtórzyć sukces Ruchu, który po powrocie do pierwszej ligi zdobył mistrzostwo. Ostatecznie Czerwono-Biało-Czerwoni skończyli sezon na trzecim miejscu.

S.Ch. Zabrakło troszeczkę na końcówce sezonu. Straciliśmy kilka punktów i to zadecydowało, że zajęliśmy tylko trzecie miejsce.


Ł.K.: Indywidualnie sezon dla pana udany- strzelenie sześciu bramek i transfer do Hansy Rostock, gdzie świętował pan awans.

S.Ch.: Udało mi się wyjechać za granicę. Kiedyś były inne czasy niż teraz. Nie wyjeżdżało się w wieku dwudziestu lat, tylko trzeba było mieć przekroczony limit wiekowy- dwadzieścia dziewięć lat. Ja ten warunek spełniałem i mogłem wyjechać. Później świętowałem awans do Bundesligi i przez trzy sezony grałem w najwyższej niemieckiej lidze.


Ł.K.: Często się mówi, że jak polski piłkarz przechodzi do zagranicznego klubu i dobrze tam gra, to przetarł komuś drogę. Można więc powiedzieć, że przetarł pan drogę Sławomirowi Majakowi.

S.Ch.: Na pewno jest inaczej, gdy przychodzi piłkarz z Polski i pokaże, że jest lepszy od piłkarzy niemieckich. Na takiej zasadzie byli kupowani piłkarze. Nie brano zawodników na „sztukę” tylko gdy ściągano piłkarza, musiał on być lepszy od tego, którego zespół miał. W Hansie spędziłem sześć lat, pokazałem, że my Polacy też coś potrafimy, że ciężko pracujemy na treningach. Do Rostocku trafił też Kubala. Andrzej Szulc był na testach, jednak miał kontuzję i musiał wrócić. Mirek Myśliński również był testowany. Myślę, że pierwsze kroki, które ja zrobiłem, spowodowały, że inni mieli trochę łatwiej.


Ł.K.: Po sześciu latach w Niemczech po raz drugi wrócił pan do Widzewa. Ten powrót do Łodzi za kadencji trenera Łazarka ciężko zaliczyć do udanych. Tylko trzy spotkania, nie godził się pan na rolę rezerwowego, choć w tamtych czasach też to było rzadko spotykane. Chciał pan grać piłkę, a nie czekać na kolejną pensję z klubu.

S.Ch.: Dokładnie. Miałem taki charakter i znałem swoją wartość. Wróciłem z Bundesligi, wydawało mi się, że mogę pomóc temu zespołowi w walce o najwyższe cele. Jednak trener Łazarek był innego zdania. Przyszedł do klubu po drugiej kolejce, z tego co pamiętam, po porażce z Radzionkowem. Powiedział, że ja u niego nie będę grał, i że będzie stawiał na reprezentantów i młodych piłkarzy. Reprezentantów wtedy nie było, chyba tylko Tomek Łapiński i Rafał Siadaczka. Co miałem robić, siedzieć i patrzeć? Zadzwoniłem do Niemiec, pojechałem na testy, bo miałem już swoje lata. Nie byłem dla nich za stary, żeby grać i grałem tam pięć lat. Z Babelsbergiem wywalczyliśmy historyczny awans do drugiej Bundesligi. Wcześniej ten klub nigdy takiego wyniku nie osiągnął. Przyczyniłem się mocno do tego sukcesu. Szkoda było, że nie mogłem grać dalej w Widzewie, ale czasami tak się życie piłkarza układa. Ja wolałem grać w piłkę, niż siedzieć na ławce i tak jak pan mówi, tylko „kasować”.


Ł.K..: Po Babelsbergu trafił pan do Kessel, gdzie miał pan swój najlepszy sezon strzelecki- dwadzieścia trzy bramki.

S.Ch.: I tylko dwadzieścia osiem asyst (śmiech).


Ł.K.: Prawie dwie bramki na mecz. Nosili pana tam na rękach.

S.Ch.: Tak było. Zresztą wszędzie, gdzie grałem kibice bardzo dobrze mnie wspominają. W Łodzi, we Wrocławiu czy później w Rostocku. To samo było w Babelsbergu. Do Kassel wyjechałem jak miałem prawie czterdzieści lat. Na początku tam też mówiono: po co takiego piłkarza zatrudniają, my chcemy grać o awans. Szybko zmienili zdanie i później nie widzieli składu beze mnie. Mam tam dużo znajomych i cały czas wspominają to, że zaskoczyłem wszystkich. Liczby nie kłamią, strzelić dwadzieścia trzy bramki i mieć prawie trzydzieści asyst, obojętnie na jakim poziomie się gra to jest wyczyn. Dodatkowo grałem tam przeciwko dużo młodszym zawodnikom. Wie pan, to że to jest czwarta liga, to nie znaczy, że ci piłkarze nie biegają i nie walczą. Jest odwrotnie. Tam jest dużo większa walka i więcej biegania. Trzeba dostosować się poziomem do tej klasy rozgrywkowej. Wszyscy byli zaskoczeni, że ja- piłkarz, który grał w Bundeslidze- nie przyszedł tylko „kasować”, a wziął grę na siebie. Pamiętam mecz o awans, który graliśmy z Darmstadt. Wygraliśmy 4:3, strzeliłem dwie bramki. Pociąg, który przyjechał po nas, z pięcioma tysiącami kibiców musiał stanąć gdzieś na poboczu, bo tak rozbujali ten pociąg, że nie mógł jechać. Taka była radość. To są niezapomniane chwile. Mam taki charakter. Zawsze chciałem grać, kochałem ten sport i podporządkowałem temu wszystko.


Ł.K.: Biorąc pod uwagę pana piłkarską ambicję, może być pan wzorem dla młodych piłkarzy, którymi się pan obecnie zajmuje. Młodzież, która teoretycznie powinna łatwiej się rozwijać, niż za pana czasów, ma trudniej ze względu na skomputeryzowanie.

S.Ch.: Na pewno praca z młodzieżą jest bardzo odpowiedzialna, wymagająca. Nie można robić tego na pół gwizdka, bo wszystko później widać. Przez te lata, a pracuję z młodzieżą dziesięć lat, naprawdę dużo zrobiłem. Zdobyłem dwa razy Mistrzostwo Polski, jeżeli można tak nazwać turnieje Deichmanna. Udało mi się wygrać w roczniku u-9 i powtórzyć to z tym samym rocznikiem. W u-11 też wygraliśmy. W ramach nagrody byliśmy w Barcelonie i Monachium. Do tej pory, jak trwają turnieje Deichmanna, chyba nikomu się to nie udało. Wygraliśmy dużo zawodów międzynarodowych i polskich. Było sporo pracy i jestem z tego zadowolony. Nie wiem jak się dalej potoczyła kariera tych chłopców, bo kilku poszło dalej, szukać nowych wyzwań. Prowadzę swoją szkółkę piłkarską, nie jestem klubem. Nie mogę być konkurencją dla innych klubów. Mam inne podejście. Uczę młodzież grać w piłkę, nie stawiam na wynik. Chcę ich nauczyć jak najwięcej, by to im się w przyszłości przydało. W niektórych klubach liczy się tylko wynik, siła. Dlatego widać, że tej młodzieży nie mamy. To jest szkolenie oparte na „im wyższy tym lepszy”. Wiadomo, różnie dzieci się rozwijają, a ze względu na swój wzrost czy wagę są eliminowani. Koniec końców może się okazać, że ten odrzucony piłkarz, będzie grał w piłkę, bo ma umiejętności i sobie poradzi. Sam byłem niedużym piłkarzem, też mnie skreślano ze względu na warunki fizyczne. Miałem kilka rozmów, że wzięliby mnie do reprezentacji, ale jestem za niski. Nie tędy droga. Dlatego staram się to chłopcom wpajać, że ciężką pracą i wytrwałością można więcej osiągnąć niż tylko talentem.


Ł.K.: Pozwolę sobie przytoczyć pana słowa: „Talent można mieć, ale trzeba nad nim pracować”. Młody piłkarz może łatwiej czerpać dobre wzorce pod względem pracy, niż za pana czasów, gdzie jak już wspomniałem, łatwo było znaleźć informację jak piłkarze imprezują. Teraz codziennością są filmy, gdzie Robert Lewandowski, piłkarz klasy światowej, zostaje po treningu i pracuje nad swoimi umiejętnościami.

S.Ch.: Jeżeli zawodnik chce się rozwijać, musi nad sobą pracować bez względu na wiek. Ja grałem piłkę do czterdziestego pierwszego roku życia i przez ten czas zawsze uczyłem się czegoś nowego. Jak się ma osiemnaście lat, nie można spocząć na laurach, jeżeli się osiągnęło pewien poziom. Piłkarzom się wydaje, że jeżeli osiągnęli pewien poziom, to nie trzeba pracować nad sobą, bo już są gwiazdami. Często ci młodzi piłkarze później nie dają sobie rady. Dochodzi cięższy trening, trzeba dać więcej od siebie i nie każdy się na to decyduje. Myślę, że to dobra droga- pracować, pracować, pracować. Jeżeli widać, że są braki, nie ma techniki uderzenia, dobrego dośrodkowania, to dobrze jest zostać dla siebie po treningu. Nie każdy piłkarz to rozumie. Są piłkarze, nie mówię że nie, którzy zostają i pracują, ale jest spore grono piłkarzy, którzy chcą tylko odbębnić trening, wrócić do domu i zająć się swoim życiem.


Ł.K.: Po docenionej pracy w Zawiszy Rzgów dziennikarze informowali, że Widzew sondował objęcie przez pana pierwszego zespołu. Nie udało się to, jednak gdyby pojawiła się taka propozycja w przyszłości, przyjąłby ją pan?

S.Ch.: Widzewowi nie powinno się odmawiać. Są kluby, którym się nie odmawia. Jeżeli byłaby to praca na zdrowych warunkach, to nie ma problemu. Wielu byłych piłkarzy z chęcią by Widzewowi pomogło, gdyby klub wyraził chęć takiej współpracy. Na razie nikt takiej współpracy nie proponował. Ja robię swoje, pracuję z młodzieżą. Szkoda, że w Widzewie są popełniane te same błędy. Nie próbują korzystać z tego doświadczenia, z chłopaków, którzy grali w Widzewie i oddali serce temu klubowi na boisku. Potrzeba tego, więcej serca, więcej „Widzewskiego Charakteru”, żeby piłkarze, którzy przychodzą czuli tę atmosferę. Sami kibice, którzy tutaj są nie wystarczą. Zawsze to podnosi renomę klubu, gdy pamięta się o piłkarzach, stara się ich integrować z widzewską publicznością.


Ł.K.: Powiedział pan, że są powielane błędy. Trenował pan widzewską młodzież za czasów Sylwestra Cacka. Później się okazało, że przez jego poczynania Widzew zaczynał od czwartej ligi. Czy za czasów pana pracy było już widać, że Cacek traci panowanie nad klubem?

S.Ch.: Przewidziałem taką sytuację. Z tego powodu też straciłem pracę, bo mówiłem o tym głośno, że źle się dzieje, że źle jest to prowadzone. Pieniądze były, robiono transfery z dużym rozmachem. Można było te pieniądze inaczej spożytkować i Widzew nadal byłby w ekstraklasie. Postawiono bardziej na firmę niż na klub sportowy. Za dużo ludzi było niezwiązanych z piłką. Uczyli się na tym klubie. Uważam, że w klubie powinni pracować ludzie, którzy żyją piłką, robili to na co dzień i każdy z nich ma swoje zdanie. Można wtedy usiąść przy stole i porozmawiać: jak to widzisz, czego brakuje, co byś zmienił. Nie można rozmawiać z ludźmi, którzy zajmują się biznesami, a nie znają szatni, klimatu, który wokół piłki panuje. Teraz powoli Widzew się zmienia. Przyszedł Franciszek Smuda, Tomek Łapiński. To na taki klub i tak trochę mało. Teraz już trzeba myśleć, by byli skauci, którzy będą szukali zawodników na następny sezon. Bo to nie jest tak, że sezon się skończy i będziemy szukać piłkarzy. Wtedy będzie już za późno. Przynajmniej rok wcześniej trzeba szukać piłkarza na daną pozycję. Trzeba jeździć, rozmawiać z ludźmi. Jeśli pojedzie ktoś, kto grał wcześniej w piłkę, ktoś związany z klubem, piłkarze wiedzą, że przyjechała nieanonimowa osoba, która sprzedawała wcześniej kwiatki. Mówi się, że piłkarze nie chcą chwilowo być w Widzewie, że na razie gra w trzeciej lidze. W takiej sytuacji duże znaczenie ma kto z piłkarzem rozmawia i kto go przekonuje do gry w Widzewie.


Ł.K.: Zwłaszcza, że część piłkarzy odmawiała Widzewowi nie z racji tego, gdzie Widzew gra, a z powodu strachu przed presją, grą przed siedemnastoma tysiącami widzów.

S.Ch.: Który piłkarz nie chce grać przy większej publiczności? To nie są piłkarze, tylko pseudo piłkarze. Pamiętam za moich czasów, ludzie krzyczeli, jak był doping to chciało się grać. Mecz mógł trwać dwie godziny, a nie dziewięćdziesiąt minut. Chce się grać w takiej atmosferze. Dla mnie nie jest to przekonujące, że presja bo siedemnaście tysięcy widzów. Każdy piłkarz chciałby grać przy takiej publice.


Ł.K.: Właśnie mnie to zastanawiało, bo im więcej osób jest na meczu, tym teoretycznie łatwiej się gra.

S.Ch.: Inaczej wychodzi się na stadion, gdzie jest sto osób, bo to jest tak, jakby się przychodziło na trening. U nas na treningu potrafiło być trzydzieści osób i oglądali zajęcia z trybun. Grać przy siedemnastu tysiącach ludzi, na tym poziomie, to jest fenomen. Oprawa meczu i kiedy kibice świętują na stadionie. To jest piękne. Mam już swoje lata, ale aż chce się ubrać i wyjść na boisko dla takiej publiczności.


Ł.K.: Wygrywał pan wiele spotkań, strzelił pan dużo bramek w trakcie kariery. W najważniejszym spotkaniu, już po karierze, też odniósł pan zwycięstwo.

S.Ch.: Na pewno. To nie są miłe chwile. Starałem się to ukryć, ale gdzieś to wyszło. Na razie jest wszystko w porządku. Chorobę też mam za sobą. Kontroluję to na bieżąco, więc myślę, że to już się nie wydarzy. Choć nigdy nie należy mówić nigdy, bo czasami w życiu różnie bywa. Skupiam się na pracy, na trenowaniu młodych chłopaków, których lubię i szanuję. Staram się, by jak najwięcej z nich grało w piłkę.


Ł.K.: Czego kibice Widzewa mogą panu życzyć na następne dziewięć miesięcy?

S.Ch.: Kibice nic nie muszą mi życzyć. Myślę, że kibice powinni sobie życzyć awansu, by Widzew wrócił do ekstraklasy, by był klubem, o którym wszyscy mówią. Nie tylko w kontekście kibiców, ale również drużyny na boisku. Bo o to chodzi, by mówiono, że Widzew to drużyna z charakterem, która potrafi z każdym wygrać i jest najlepsza w Polsce. 

Aktualnie szkółka piłkarska Sławomira Chalaśkiewicza prowadzi nabór do roczników : 2004, 2005, 2009, 2010, 2011, 2012.

fot.: gwiazdynagwiazdke

wtorek, 27 marca 2018

"Moje losy w Widzewie były różne". Jacek Bayer w rozmowie o pobycie w Widzewie.





Do Widzewa przychodził jako reprezentant Polski. W Łodzi oczekiwano, że ten wysoki napastnik, swoimi golami zapewni walkę o mistrzostwo. Mimo zachowania skuteczności, Czerwono-Biało-Czerwoni z nim w składzie spadli z pierwszej ligi. Moim rozmówcą na temat pobytu w Łodzi był Jacek Bayer.



ŁK: Przez długi czas był pan związany z Jagiellonią. Ponadto otrzymał pan powołanie do reprezentacji jako pierwszy piłkarz z tego klubu. Jak pan wspomina ten wyjazd, biorąc pod uwagę, jak wielcy piłkarze byli w tamtej reprezentacji, między innymi Włodzimierz Smolarek?

Jacek Bayer: To było wielkie zaskoczenie, ponieważ dostałem powołanie od razu do pierwszej reprezentacji. Można to uznać za pokłosie mojej dobrej gry w drugiej lidze, gdzie strzelałem dużo bramek, byłem królem strzelców po pierwszej rundzie. Myślę, że nie tyle chciano mi dać szansę do grania, bo sam w to nie wierzyłem, ale zobaczyć jak to wygląda, poobserwować. Tak się złożyło, że miałem okazję, jako zawodnik drugoligowy, spotkać się na zgrupowaniu przed meczem eliminacyjnym do Mistrzostw Europy z ludźmi, których podziwiałem w telewizji. Było to dla mnie wielkie przeżycie. Jest to coś, czego się nie zapomina.

ŁK: Miał pan szczęście do spotykania legend Widzewa. W kadrze Włodzimierz Smolarek, a w Widzewie, jako piłkarz, współpracował pan z legendarnym prezesem- Ludwikiem Sobolewskim. Jak pan wspomina prezesa Sobolewskiego?

JB: Oczywiście zagranie razem przez czterdzieści pięć minut z Włodzimierzem Smolarkiem, było dla mnie ogromnym wyróżnieniem, pomijając jaki to był mecz oraz w jaki sposób się zakończył. To była dla mnie wielka sprawa. Przeżycie, którego się nie zapomina. Jeśli chodzi o drugą część pytania, przychodząc do Widzewa, ściągnął mnie prezes Brzozowski, o ile się nie mylę. Potem nastąpiły zmiany organizacyjne i współpracowałem z panem Sobolewskim. Był to człowiek na poziomie. Miałem z nim parę rozmów i powiem szczerze, wspominam go dobrze, mimo że ta nasza współpraca układała się, jak się układała. Moje losy w Widzewie były różne. Wspominam zarówno dobre momenty jak i trudniejsze. Rozstanie z Widzewem nie było takie, jakbym sobie wymarzył, ale tak się stało.

ŁK: Czytałem w wywiadach z panem, że po tym spadku i kontuzji, której pan doznał, chciał pan wrócić do Jagiellonii.

JB: Ja powiem trochę inaczej. To było tak, że przychodząc do Widzewa, podpisałem kontrakt na dwa albo trzy lata. Mówiąc szczerze pierwsza runda, mimo niskiego miejsca w tabeli, była dla mnie niezła. Strzeliłem siedem bramek i zostałem najlepszym strzelcem w drużynie. Już wtedy pan Sobolewski chciał przedłużyć mój kontrakt i rozmawiał o tym ze mną. Coś we mnie widział, również możliwość dalszej współpracy. Momentem przełomowym, najważniejszym związanym z Widzewem, była ta nieszczęśliwa kontuzja. Ciekawostką jest, że odniosłem ją w meczu sparingowym z Jagiellonią. To w ogóle jest takie zapętlenie. Uraz został źle zdiagnozowany, bo okazało się, że miałem pękniętą „strzałkę”, a prześwietlenie tego nie wykazało. Trenowałem na pół gwizdka, przed samą ligą wyszedłem na sparing, w czterdziestej piątej sekundzie kość mi pękła. Niestety to był tak długi rozbrat z piłką, że w rzeczywistości wróciłem do gry dopiero na pięć ostatnich spotkań, gdzie szansa na utrzymanie była niewielka. Żałuje bardzo, że nie mogłem uczestniczyć w spotkaniach od początku do końca w rundzie rewanżowej, bo myślę, że też bym pomógł trochę kolegom z drużyny w walce o utrzymanie. A tak, wróciłem w momencie, gdzie prawie wszystko było rozstrzygnięte. Zdążyłem jeszcze tylko strzelić dwie bramki. Zostałem tylko na początek drugiej ligi, a szkoleniowcem był Paweł Kowalski. Nasza współpraca z trenerem niezbyt dobrze się układała. Były takie historie i zawirowania, że w pewnym momencie spakowałem się i wróciłem do domu. Były jeszcze prośby, żebym wrócił, dzwoniono do mnie. Tak się złożyło, że w momencie, gdy się zdecydowałem, żeby wrócić, zadzwonił do mnie Jurek Leszczyk- były piłkarz Widzewa z którym grałem w Jagiellonii. Zaprosił mnie na testy do Belgii. Znalazłem klub, który chciał za mnie wyłożyć pieniądze, tu niestety Widzew postawił zaporową cenę. Wtedy nasze wspólne drogi się zakończyły. Byłem młody, krnąbrny, byłem kawalerem, a to też miało znaczenie. Żałowałem bardzo, że mnie tak potraktowano, że nie dano mi szansy odejść do tej Belgii. Tak się potoczyło, jak się potoczyło. Nie grałem w piłkę prawie rok czasu.

ŁK: Teraz wiadomo skąd w wywiadach udzielonych przez pana, jeżeli rozmowy schodziły na temat Widzewa, czuć pewien uraz. Przed chwilą pan powiedział, że wrócił pan na ostatnie kolejki i nie było praktycznie szans na utrzymanie. Miało miejsce jednak spotkanie, które mogło przedłużyć Widzewowi szansę na utrzymanie, czyli mecz z ŁKS-em. Dziennikarze w całej Polsce zastanawiali się czy ŁKS nie odda tego spotkania Widzewowi. W poprzednich latach zdarzało się, że Widzew pomagał lokalnemu rywalowi i go ratował przed spadkiem. Jak pan wspomina to spotkanie? W wypowiedziach byłych piłkarzy Widzewa z tamtego meczu wynikało, że zawodnicy ŁKS-u wyszli zmotywowani, jakby grali o Mistrzostwo Polski, mimo że o nic nie walczyli.

JB: Będąc w Widzewie, grałem w pierwszym meczu derbowym. Wtedy trenerem był Janek Tomaszewski. W drugim meczu już nie grałem, bo wróciłem w samej końcówce sezonu, o ile dobrze pamiętam w meczu z Górnikiem Zabrze. Nie wiem czy byłem na tym meczu, bo rehabilitowałem się w Białymstoku. Pamiętam ten pierwszy mecz, kiedy zremisowaliśmy u nas 1:1, gdzie atmosfera była niesamowita. Kto nie grał nigdy w derbach, ten nie zdaje sobie sprawy, jaki to jest mecz. O podwójnym wymiarze ryzyka, jak ja to mówię (śmiech). Furczało, było bardzo ostro, mimo że znaliśmy się z chłopakami. Gdy byłem zawodnikiem Widzewa, spotykaliśmy się z Jackiem Ziobro czy Piotrkiem Sobczyńskim. Jednak na boisku ten mecz derbowy wyzwalał całkowicie inne odczucia. Walka była ostra i myślę, że ŁKS po prostu nie odpuścił. Grali normalnie na całego i dla swoich kibiców, także nie ma co się temu dziwić.

ŁK: Przed sezonem przyszedł pan z Jagiellonii, gdzie strzelał pan w Białymstoku bramki jak na zawołanie. W składzie był młody Tomasz Łapiński, Wiesław Wraga, Leszek Iwanicki. Może to nie był skład na Mistrzostwo Polski, ale przynajmniej na środek tabeli. Co się wydarzyło, że ta drużyna spadła?

JB: Wówczas, jak dobrze pamiętam, do Widzewa przyszło czterech zawodników. Przyszedłem ja, Jarek Michalewicz (też z Jagiellonii), Grzesiu Waliczek i Andrzej Kretek. Było naprawdę kilku klasowych zawodników. Leszek Iwanicki w pierwszej rundzie nie grał, bo wyjechał, jak się nie mylę, do Korei. Nie pamiętam już dokładnie. Wrócił dopiero na rundę rewanżową. Byli również Wiesiu Wraga i Mirek Myśliński. To takie legendy ze starego Widzewa. Także Kazimierz Przybyś- reprezentant Polski oraz Wiesiek Cisek. Jeżeli chodzi o nazwiska, nikt się nie spodziewał, że ten zespół może spaść. Jak pamiętam, było dużo zawirowań z prezesami i przede wszystkim z trenerami. Mimo krótkiego czasu miałem chyba pięciu trenerów, kiedy grałem w Widzewie. Prowadził nas trener Waligóra, który mnie ściągał, a następnie trener Tomaszewski, trener Fudalej i na końcu Paweł Kowalski. Roszady były bardzo duże, być może to pochodna słabych wyników. Trochę nieszczęśliwych porażek, bo pewnych rzeczy nie wykorzystywaliśmy, marnowaliśmy rzuty karne. Paskudna runda się trafiła, powiem szczerze. Nie zasługiwaliśmy na spadek, a tak się stało. Ten skład na papierze nie był taki słaby.

ŁK: Grał pan w Widzewie z młodym- bo dwudziestojednoletnim- Tomaszem Łapińskim. Czy już wtedy popularny „Łapa” przejawiał potencjał na przyszłego reprezentanta Polski?

JB: Dużo się mówiło w Białymstoku o tym, dlaczego Tomek nie trafił do Jagiellonii, będąc zawodnikiem z niedalekich Łap, raptem dwadzieścia kilometrów od Białegostoku. Tomka spotkałem już wcześniej, będąc zawodnikiem Jagiellonii. Pojechaliśmy na turniej di Indii z reprezentacją Polski. Przyjechałem tam jako starszy zawodnik. Tomek też tam był. Sprawiał wrażenie spokojnego i ślamazarnego, ale bardzo fajnie czytał grę. Gdy trafiłem do Widzewa, grał on jako podstawowy zawodnik, także myślę, że tutaj bardzo dobrze się rozwijał. Widać było u niego potencjał na zawodnika bardzo solidnego. Co się okazało, został jednym z najbardziej konkretnych obrońców w tamtym okresie.

ŁK: Ten spadek to poniekąd ironia losu. Odchodził pan z Jagiellonii do Widzewa, by walczyć o tytuły, a pana były klub jak i obecny spadły z ligi.

JB: Z upływem lat, mogę powiedzieć, że odchodząc z Jagiellonii też się przyczyniłem do spadku, a przychodząc do Widzewa nie pomogłem. Ja cały czas powtarzam, że ta kontuzja bardzo zaważyła na mojej postawie. Tak mi się wydaje. Wypadłem z gry na ładne trzy, cztery miesiące. Potem dalsze losy w Widzewie… Niezbyt dogadałem się z trenerem Kowalskim, który zachował się, według mnie oczywiście, nie w porządku. Żal do działaczy też troszeczkę miałem. Żałuję, że nie odszedłem do Belgii, to była szansa odskoku za granicę. Wiadomo, w naszych czasach wyjazdy za granicę były bardzo trudne. Jeśli się nie gra, ciężko się potem odbudować. Trochę mi to zajęło, ale już nie wróciłem na ten najwyższy poziom. Mam mieszane uczucia z tym związane. Mówiono, że w Widzewie się nie zaaklimatyzowałem, że źle się czułem. W rzeczywistości miałem tam wielu przyjaciół. Uważam, że pod tym względem atmosfera w zespole była dobra. Bardzo blisko się przyjaźniłem z Mirkiem Myślińskim. Szkoda, że to się tak potoczyło. Po jakimś czasie przychodzą różne wspomnienia i człowiek się zastanawia, jak by się zachował, mając dzisiejszą wiedzę. Może ja też byłbym mniej krnąbrny. Ale takie były czasy.

ŁK: Jako człowiek związany z Widzewem i z Jagiellonią miał pan możliwość zobaczyć, jak stadiony oraz cała infrastruktura się zmieniła.

JB: (Śmiech) No tak. Wrażenie niesamowite. Powiem szczerze, było miło wyjść na tę murawę, zobaczyć od środka jak to wygląda. Przypomnieć sobie „nasze” czasy, gdzie byliśmy zespołem, który miał walczyć o europejskie puchary i trenowaliśmy na tym pasku za bramkami... Nawet boczne boisko nie nadawało się do trenowania. Nie mieliśmy gdzie ćwiczyć, wchodziliśmy czasami na główną murawę. Możliwości do treningów były bardzo słabe, chociaż nie wiem, czy teraz Widzew nie mota się za bardzo. Podejrzewam, że na tym głównym boisku też dużo nie trenuje.

ŁK: Teraz na Łodziance znajduje się obiekt, który sprawia trochę problemów, jeżeli chodzi o jakość.

JB: Właśnie. Pod tym względem mamy w Łodzi jeden z piękniejszych stadionów. Świetnie to wygląda, publika- coś wspaniałego. Nic się nie zmieniło pod tym względem. Gdybyśmy grali lepiej to i publika byłaby żywsza. Tak to bywa. W tej chwili trzymam kciuki, żeby Widzew awansował. Z takimi kibicami i z takim stadionem trzecia liga to zdecydowanie za mało. Mają bardzo doświadczonego trenera, który musiał się tej ligi nauczyć, bo mogę sobie tylko wyobrażać, jaki to jest przeskok dla trenera Smudy.

ŁK: Otrzymał pan tytuł najlepszego piłkarza osiemdziesięciolecia na Podlasiu. Jak rozumiem za taksówki w Białymstoku nie musi pan płacić, gdy jedzie pan na Jagiellonię?

JB: (Śmiech). Powiem szczerze, nie korzystam z taksówki. Stadion mam niedaleko, więc idę spacerkiem. Przyjemna droga, można się dotlenić. Tyle lat minęło, że nie jestem już tak bardzo rozpoznawalny. Staram się jak mogę, jednak moje obowiązki są takie, że nie zawsze mogę być na meczu. Dużo spotkań oglądam w telewizji. Cieszę się też, że mamy ładny stadion. Widzew dołączył do grona miast, w których znajdują się naprawdę ładne stadiony. Teraz tylko życzę awansu sportowego, żeby iść do przodu, do góry.


fot: Sparta Augustów